|
List nr 36 -
Dlaczego nie bierzesz udziału w różnych katolickich czatach?
Czaty to dyskusje. Dyskutuje tylko ten, kto nie wie - ten, kto wie nie
dyskutuje. Czy czytając Valtortę nie zauważyłeś, że Jezus nigdy nie
dyskutował? Każdy kto wie nie odczuwa potrzeby dyskusji, co
więcej - on wie, że dyskusja jest najlepszym sposobem utrwalenia
błędnych przekonań, bo po pierwsze dyskusja zawsze jest okazją do
wzmocnienia swojego ja, czyli pychy; a po drugie osoba nie
przygotowana do przyjęcia poglądów zbyt odbiegających od jej własnych,
nawet jeśli będzie chciała je przyjąć, nie będzie do tego zdolna.
Drzewa rosną powoli, my też; oczywiście nie biorę w tym miejscu pod
uwagę działania łaski. Są wypadki, że człowiek jak pod uderzeniem
pioruna nagle widzi wszystko inaczej i radykalnie zmienia poglądy, ale
dzieje się to za sprawą Sił Wyższych.
Ten kto szuka, a młodzi przeważnie do nich się zaliczają, często bierze
udział w różnego rodzaju dyskusjach, ale rzadko one dają wyraźnie
pozytywne efekty, podkreślam, rzadko. Dyskusja za to często przynosi
nowe fakty, które sprawiają, że człowiek zmienia wyobrażenie o sprawie,
i zaczyna iść w innym kierunku. Ale czy iść oznacza szukać
tego bym nie powiedział. Jeżeli ktoś szuka bo próbuje zdobyć pieniądze,
sławę lub władzę to takie poszukiwania nie stanowią zbliżania się do
PRAWDY, raczej odchodzenie od niej, dlatego dyskusje w katolickich
gremiach często powodują właśnie utwardzanie własnego ja.
Teraz zapewne oczekujesz informacji, skąd człowiek wie, że wie.
Jest to trudna sprawa. Kiedy byłem młody (w domyśle: kiedy jeszcze nie
znałem objawień), często dyskutowałem właśnie o sprawach wiary, ale jak
już mówiłem Ci, Mircea Eliade odsłonił przede mną istotę procesu
przeżycia religijnego, jego ewolucję. Nie wiem, mimo że przeczytałem
również jego pamiętniki, czy był katolikiem, raczej nie, bo chyba
zadeklarowałby to. Jednak odsłonięcie mechanizmu rozwoju religijności
upewniło mnie, że jesteśmy religijni z natury - mamy to w genach. Zatem
dyskusje o istnieniu Boga wydały mi się dowodem nieuctwa, a kwestią
dyskusji był tylko sposób wyrażenia swego stosunku do Niego. Moje
dyskusje od tamtego czasu były tylko nieudolnymi próbami upewnieniem
się, czy idę w dobrym kierunku, dlatego sądzę, że nie były to dyskusje
sensu stricto. Poza tym zawsze prosiłem Boga by mną kierował, i ta
modlitwa dawała mocy moim przekonaniom. Nie byłem pewien czy wiem
prawdę, byłem za to PEWIEN, że idę w dobrym kierunku.
Jeżeli ktoś opiera się na Bogu, nie ma potrzeby dyskutowania - on wie,
że idzie w dobrym kierunku nawet wtedy gdy "idzie ciemną doliną".
|