Feliks Koneczny - "Święci w dziejach Narodu Polskiego"

Ażeby nie rozrywać toku opowiadania samego żywota św. królowej Jadwigi, opuszczono w poprzednim rozdziale różne wydarzenia za jej życia, co teraz uzupełnimy. Przede wszystkim chodzi o dwa zakony w Polsce.

Jednym z nich byli Paulini. Byli ulubieńcami króla Ludwika, który z Włoch sprowadził ich na Węgry, a wprowadzić ich także do Polski poruczył powiernikowi swemu, księciu Władysławowi Opolczykowi. Książę ten wyświadczył dużo usług "Ojczymowi Polski", więc otrzymał za to od niego obszerne lenna, a w tych nadaniach mieściła się także Częstochowa. Upominany kilkakrotnie przez króla, wystawił wreszcie książę mały drewniany klasztor pod Częstochową i tam sprowadzili się Paulini w ostatnim roku życia króla Ludwika w r. 1382. Tam zasłynął łaskami cudowny obraz częstochowski. Wizerunek ten Najświętszej Marii Panny przywieźli sobie Paulini z Włoch na Węgry i następnie z Węgier do Polski.

Gdy osoba Wilhelma austriackiego utraciła wartość polityczną, Opolczyk stał się poplecznikiem Ludwikowego zięcia, Zygmunta Luksemburczyka, który poślubiwszy starszą siostrę naszej Jadwigi, Marię, otrzymał wraz z nią tron węgierski. Posiadł następnie tron czeski i nadto począł występować z roszczeniami do tronu polskiego. Dość długo liczył Opolczyk na to, że Zygmunt strąci Jagiełłę z tronu! Przypuszczając, że pochodzący z Węgier Paulini staną się w Polsce agentami polityki węgierskiej przeciwko Jagielle założył im jeszcze dwa klasztory (w Wieluniu i Głogówku). Ale zawiódł się srodze! Nowi zakonnicy dbali tylko o sprawy duchowe i dlatego sprzyjali Jadwidze i Jagielle, bo z tronem tej królewskiej pary złączone było wielkie dzieło apostolskie nawrócenia Litwy. Znaleźli też takie uznanie dostojników polskich, iż ci już w lutym 1393 r. wyprosili u króla znaczną fundację dla Paulinów. A gdy później doszło do rozprawy z Opolczykiem, gdy mu poodbierano polskie lenna; nie uwłaczało to w niczym Paulinom i nie narażało ich na żadne straty.

Drugi zakon, u nas również "nowy"; to Karmelici, zwący się w pełnym swym tytule "Zakonem Najświętszej Marii Panny z góry Karmelu". Powstali bowiem w Palestynie, na tej słynnej górze, a potem wyrugowani przez muzułmanów, przenieśli się na wyspę Cypr i stamtąd na ląd Europy około r. 1240. Papież Innocenty IV (1243-1254) złagodził ich regułę zbyt surową, bo z początku pustelniczą. Do Krakowa przybyli w r. 1397, w dwa lata potem do Bydgoszczy i na tym utknęło; rozszerzyli się dopiero znacznie później, a znaczenia historycznego nabrali w Polsce aż dopiero w XVIII wieku - więc też później będzie o nich mowa obszerniej.

Przechodząc do spraw politycznych, przyjrzyjmy się najpierw umowie, jaką zawierał Władysław Jagiełło o tron polski. Zobowiązał się odzyskać utracone kraje, a więc przede wszystkim zabrane przez Krzyżaków Pomorze Gdańskie. A jednak minęło 24 lata, nim można było zabrać się do tego! Zawiłe stosunki litewskie krępowały bowiem króla mnóstwem kłopotów; dość powiedzieć, że stryjeczny jego brat, Witold, naprowadzał nawet Krzyżaków na Wilno i nie uspokoił się, aż Jagiełło nadał mu w r. 1392 godność Wielkiego księcia Litwy pod swoim zwierzchnictwem (sam tytułował się odtąd "Najwyższym księciem Litwy"). Rządził tedy Witold całym państwem litewskim od Żmudzi po Kijów. Ruskie ziemie tworzyły aż dwie trzecie części tego państwa; dwa razy więcej było ziem schizmatyckich ruskich niż katolickich, właściwych litewskich (letuwskich).

Co za olbrzymie pole dla Braci Wędrownych bł. Jakuba Strepy! Sam 0jciec św. mianował go kierownikiem i zwierzchnikiem wszystkich misji ruskich, a na życzenie królewskie arcybiskupem halicko-lwowskim. Granice misyjne jego archidiecezji rozszerzyły się także daleko na południe, aż w strony dolnego Dunaju, pomiędzy te kraje, z których potem, po wiekach miała powstać Rumunia. Grasowały już bowiem na Bałkanie zagony tureckie. Wówczas "hospodar" jednego z tych krajów, Mołdaw, przyjął w r. 1393 nad sobą zwierzchnictwo Korony Polskiej, żeby mieć oparcie przeciw sułtanowi. Poczęli wtedy działać w północnej części Półwyspu Bałkańskiego wysłannicy misyjni arcybiskupa Strepy. Dalej na południe Bałkanu były misje Franciszkanów chorwackich. Jest to naród południowo-słowiański, katolicki, który od dawnych wieków miał króla wspólnego z Węgrami.

W inną całkiem stronę, daleko na wschód, pragnął rozszerzyć swe panowanie Witold. Chciał władać całą Rusią, nawet Moskwę zagarnąć. Trzeba było o to walczyć z Tatarami. Tatarskie zwierzchnictwo przestało istnieć na Rusi Litewskiej, bo zrzucili je litewscy dynaści, Gedyminowicze, ale ciążyło nad Moskiewsczyzną, która stanowiła nadal prowincję danniczą chanów Kipczaku. Nie cofał się Witold przed tą walką, marząc, jakie to olbrzymie stworzy państwo z Litwy, Rusi, Moskwy i Kipczaku aż gdzieś pod góry Uralskie! Zajęty planami wielkiej wyprawy ani myślał o tym, żeby pomóc Jagielle przeciwko Krzyżakom. Odradzała mu tę wyprawę królowa Jadwiga i przepowiadała klęskę. I rzeczywiście bitwa, jaką Witold stoczył z Tatarami nad rzeką Worsklą w r. 1399, zamieniła się dla niego w straszną klęskę. Święta królowa zmarła w miesiąc potem; Witold zaś zmienił się odtąd w gorliwego obrońcę katolicyzmu i cywilizacji łacińskiej w całym wielkim księstwie litewskim. Odtąd też mogła Polska przygotowywać się wspólnie z Litwą do rozprawy z Zakonem.

Zaczyna się w dziejach Polski nowy okres, który staje się zarazem nowym okresem świętości, całkiem różny od poprzedniego. Od bł. Salomei aż do królowej Jadwigi mamy nieprzerwane pasmo świętych niewiast. To się kończy, a zaczyna się na przeszło dwa stulecia pasmo świętych mężów. Zobaczymy, jak cnoty życia publicznego występowały coraz bardziej na pierwszy plan, a to życie jest z reguły życiem męskim. A wszyscy niemal ci święci przechodzą przez studia uniwersytetu krakowskiego. Uniwersytet ten sprawił, że uczeni byli świętymi, a święci uczonymi.

Żył jeszcze bł. Jakub Strepa, kiedy w r. 1406 przodownik nowego szeregu świętych, Ambroży Boner, zdawał w uniwersytecie pierwszy egzamin, zwany wówczas "bakałarstwem", a studiował następnie jeszcze dalej, aż do stopnia doktora teologii. Urodził się w Krakowie w r. 1380 jako syn Floriana Bonera i Bronisławy z Brzezia Lanckorońskiej (miasto Lanckorona o cztery mile na południe od Krakowa). Bonerowie byli w Krakowie wielkimi kupcami i kapitalistami, posiadali domy, składy, wozownie itp. Ambroży pochodził z najbogatszego w mieście stołecznym rodu, a postanowił zostać zakonnikiem; mianowicie wstąpił do Augustianów w podkrakowskim mieście Kazimierzu.

Augustianie powstali we Włoszech z kilku rozmaitych zgromadzeń, tak zwanych eremickich tj. pustelniczych. Historia ich zaczyna się od roku 1168, a w r. 1256 Stolica Apostolska kazała im się złączyć i nadała wspólną regułę. Na prawdziwe pustelnictwo nie było już miejsca, toteż Augustianie zmienili się w najstarszy zakon nauczający, utrzymujący szkoły i dostarczający nauczycieli o wyższym poziomie. Do Polski wprowadził ich Świętopełk, ten sam, który Pomorze zapisał Przemysławowi. Najstarszy klasztor augustiański powstał w r. 1265 na Pomorzu w Chojnicach, Po Świętopełku odziedziczył sympatie do Augustianów król Przemysław i w ostatnim roku swego życia fundował im dwa klasztory, w Starogardzie i Bydgoszczy. Potem Kazimierz Wielki stawiał im klasztory i kościoły w Wieluniu, Olkuszu i Kazimierzu, mieście nowym. Założone było przez tego króla tuż obok Krakowa (dwa te miasta oddzielone były korytem Wisły, tamtędy wówczas płynącej). Później stało się częścią Krakowa, jako jego przedmieście. Kościół augustiański na Kazimierzu, fundacji Kazimierza Wielkiego, należy do najwspanialszych świątyń całej Polski. Nie było miasto Kazimierz wcale siedzibą Żydów, nie dla Żydów przecież zakładał wielki król polski miasto! Miasto żydowskie powstało poza murami miasta Kazimierza, dalej ku wschodowi nad rzeką Wilgą, wpadającą do Wisły. Na Kazimierz wtargnęli Żydzi dopiero pod sam koniec wieku XVIII.

Do Augustianów na Kazimierzu wpisał się Ambroży Boner w r. 1408 i wtedy obrał sobie zakonne imię - Izajasz. Poświęcał się gorliwie studiom Pisma Świętego a szczególnie upodobał sobie księgę Izajasza proroka, pierwszego z tak zwanych wielkich proroków i tym tłumaczy się wybór imienia. Nabożeństwo miał największe do Najświętszej Marii Panny; wzywał też chętnie pośrednictwa św. Stanisława. Jako doktór teologii, stanowił bardzo cenny nabytek dla klasztoru, nie mówiąc już o tym, że zakonnik z takiego rodu, jak dom Bonerów, był dla krakowskiego klasztoru tym bardziej pożądany.

Jako wybitny w mieście kapłan, znał osobiście kanoników katedry krakowskiej, a zwłaszcza pierwszego między nimi, dziekana kapitulnego. Był nim Paweł z Brudzewa, syn Włodzimierza, czyli Włodka i stąd Włodkowicem zwany, od miejsca zaś urodzenia Brudzewskim. Był on zarazem profesorem prawa kościelnego w uniwersytecie i stąd jeszcze bliższa znajomość z bł. Izajaszem Bonerem, który był tego samego uniwersytetu doktorem.

Zbliżała się tymczasem wielka chwila dziejowa porachunku z Zakonem. Gdy nie skutkowały żadne napomnienia, wkroczyły zjednoczone wojska polskie i litewskie dnia 9 lipca 1410 r. w granice państwa krzyżackiego. Wystarczył tydzień, żeby wojna się rozstrzygnęła! Wielkiej sławy godzien jest Zyndram z Maszkowic, miecznik krakowski, a wódz w sławnej bitwie pod Grunwaldem dnia 15 lipca 1410 r., która zakończyła się całkowitą klęską Krzyżaków. Poległ tam sam ich wielki mistrz, a w ręce polskie dostały się 52 chorągwie krzyżackie. Zawieszono je następnie w katedrze na Wawelu koło grobu św. Stanisława. I król polski również znalazł się w pewnym momencie bitwy w niebezpieczeństwie. Zawdzięczał ocalenie rycerzowi Zbigniewowi z Oleśnicy, a był to syn owego posła, którego królowa Jadwiga wysyłała przed 25 laty, żeby powitał w jej imieniu Jagiełłę, gdy wjeżdżał na ziemię polską (a który potem został Kardynałem).

Wojna ta, nazwana przez współczesnych "wielką", była wojną nie tylko Polski i Litwy z Zakonem, lecz wojną Słowiańszczyzny "z całą nacją niemiecką", jak się wyrażali współcześni. Z całych Niemiec przybywały posiłki Zakonowi, a po naszej stronie walczyły też posiłki czeskie pod sławnym wodzem Janem Żiżką.

A miało zwycięstwo grunwaldzkie ogromne znaczenie moralne przez to, iż pokazało, że można zwyciężyć Krzyżaków, którzy dotychczas uchodzili za niezwyciężonych. Bitwa ta stanowiła przesilenie. Od tego czasu Zakon słabł coraz bardziej, wpływy niemieckie cofały się, a przewodnim państwem Europy wschodniej stawała się Polska połączona z Litwą.

Nie dało się wszakże wyzyskać należycie zwycięstw (pod Grunwaldem i drugiego pod Koronowem), bo tymczasem ruszył od południa na samą stolicę państwa, na Kraków, ów Zygmunt Luksemburczyk. Miał on dziwne szczęście do koron i został już nawet cesarzem niemieckim, ale nie zaprzestał myśli o polskiej koronie. Ciągle mu się marzyło, że musi Jagiełłę pozbawić tronu i dlatego sprzymierzył się z Krzyżakami przeciw Polsce. Kiedy z Zakonem było krucho, Luksemburczyk urządził od Węgier wyprawę na Kraków i tym sposobem zmusił króla Władysława Jagiełłę, który oblegał już stolicę Krzyżaków, Malbork, żeby wycofał wojsko polskie z Prus, bo trzeba było spieszyć na obronę własnej stolicy.

Bądź co bądź uszczuplało się państwo Krzyżaków, bo musieli zwrócić Polsce ziemię dobrzyńską, a Litwie Żmudź, którą im przedtem odstąpił Witold. Jest to najbardziej północna część Litwy z miastem Kownem.

Triumfalną wieścią spod Grunwaldu uradował się jeszcze bł. arcybiskup Jakub Strepa, lecz był to już schyłek jego dni. Zgasł roku następnego, przebywszy na tej ziemi 71 lat. Pogrzebano go w lwowskim kościele franciszkańskim św. Krzyża, a gdy w r. 1788 zniesiono ten klasztor franciszkanów, przeniesiono szczątki ciała do lwowskiej katedry łacińskiej, do kaplicy Pana Jezusa. Podniesienie zwłok odbyło się w r. 1626, a beatyfikacja w r. 1760 za papieża Piusa VI. Działalność "miłośnika dziatwy" stanowi epokę w obronie obrządku łacińskiego, a zatem również w obronie polskości tej ziemi. A prace misyjne pośród prawosławia zorganizował tak mądrze i skutecznie, iż wkrótce zaszła potrzeba założenia na południowej Rusi drugiego biskupstwa łacińskiego, mianowicie w Kamieńcu Podolskim.

W dwa lata po zgonie bł. Izajasza Bonera nastąpił chrzest Żmudzi, która przyjęła chrześcijaństwo dopiero wtedy, gdy pozbyła się Krzyżaków.

Tegoż samego 1413 r. odbył się w Horodle zjazd polsko-litewski, na którym w sławnej unii horodelskiej przodkowie nasi pokazali, jak rozumieli związek z Litwą. Był to związek wolnych z wolnymi. W Horodle polskie szlacheckie rody przyjmowały do swych herbów wybitniejsze rody litewskie. W dokumencie wystawionym na to przez Polaków jest mowa o braterstwie i miłości (caritas). Po raz pierwszy ozwały się takie sława w polityce! Bo nasz związek z Litwą był od początku nie tylko dziełem politycznym, lecz zarazem religijnym. My wprowadziliśmy moralność do polityki. W Polsce stosunek obywatela do państwa polegał na wzajemności praw i obowiązków, państwo nie przeciwstawiało się społeczeństwu, lecz owszem, opierało się na nim. To polskie prawo publiczne przenosiliśmy na Litwinów, traktując ich zupełnie na równi. Pomocy zaś przeciw Krzyżakom udzielaliśmy sobie też wzajemnie, bo oba państwa były zagrożone przez niemiecką zachłanność.

Krzyżacy radzi byli odrobić Grunwald, ale w r. 1414 nawet nie chcieli przyjąć bitwy. Legat papieski uprosił dla nich rozejm i namówił, żeby spór polsko-krzyżacki oddać pod rozsądzenie soborowi. A właśnie zwołany był sobór powszechny do szwajcarskiego miasta Konstancji.

Sobór jest to zgromadzenie biskupów całego Kościoła katolickiego pod przewodnictwem papieża. Jeżeli papież uzna za stosowne, może wezwać do uczestnictwa w soborze także opatów, delegacje zakonów, przedstawicielstwa uniwersytetów (wydziałów teologicznych), przedstawicielstwa rządów państw katolickich, tudzież imiennie wybitnych katolickich teologów. Nie wszyscy głosują, ale wszyscy radzą. Każdy z uczestników ma głos doradczy (bo inaczej po cóż by go zapraszano?), ale głos stanowczy tj. udział w głosowaniu mają zawsze biskupi, z innych zaś osób duchownych te tylko, którym Stolica Apostolska przyzna to prawo przy zwoływaniu soboru. Sobór rozstrzyga w najwyższej instancji wątpliwości w sprawach wiary i obyczajów, o ile Ojciec św. uchwały jego zatwierdzi. Zwołuje się wówczas, gdy Kościołowi grozi wielkie niebezpieczeństwo, gdy urządzenia kościelne wymagają odmian ze względu na odmienne stosunki życia, odmian stosownych do nowych czasów (np. w administracji kościelnej) lub gdy czystości wiary zagraża szerząca się herezja.

A właśnie powstała w Czechach herezja husycka. Tam również rozbudzał się ruch narodowy przeciw Niemcom, a na czele tego prądu stanął profesor uniwersytetu praskiego, Jan Hus. Niestety, począł głosić błędne mniemanie. Nauczał, że kapłan pozostający w grzechu śmiertelnym, traci moc swego kapłańskiego urzędu, dopóki się z grzechu nie oczyści. W takim razie nigdy nie można by wiedzieć, czy udzielenie jakiegoś sakramentu było ważne, czy która msza święta była prawdziwa, a nawet czy na kapłana został ktokolwiek prawdziwie wyświęcony, bo a nuż biskup był w grzechu? Występował też przeciw dobrom kościelnym. Przypomnijmy sobie historię św. Stanisława. Kościół nie posiadający własności majątkowej, byłby po bizantyńsku sługą każdego rządu. Twierdził dalej, że Komunia św., ażeby była ważna, musi być podawana pod obiema postaciami. W końcu zaczął jeszcze nauczać mylnie o spowiedzi i odpustach.

Wezwany przed sobór, żeby albo się wytłumaczył lub odwołał swe błędy zażądał, żeby mu cesarz Zygmunt Luksemburczyk poręczył bezpieczeństwo osoby; pod cesarskim bowiem panowaniem znajdowała się Konstancja. Cesarz poręczenie dał i Hus przyjechał.

Sobór ten był świetny. Zjechało 33 kardynałów, 5 patriarchów, 47 arcybiskupów, 228 biskupów, około 500 prałatów i przeszło 5000 uczonych kapłanów, nadto mnóstwo świeckich. Pozjeżdżali monarchowie i książęta, poselstwa wszystkich państw katolickich i poselstwa nawet z Azji i Afryki; 37 uniwersytetów przysłało swoich delegatów. Zebrały się w jednym miejscu najtęższe głowy z całego katolickiego świata. Toteż sobór w Konstancji był zarazem i wielkim kongresem politycznym i największym zjazdem naukowym, jaki kiedykolwiek oglądano. Dodajmy, że wówczas nie można było podróżować bez odpowiedniego orszaku zbrojnego; że trzeba było wozić z sobą dużo tobołów, bo wybierano się na długo, że do utrzymania i zaspokojenia potrzeb życiowych tysięcy przybyszów nie mogli nastarczyć miejscowi rzemieślnicy i kupcy z czeladzią, a cóż dopiero handlarze pergaminu, papiernicy, introligatorzy, przepisywacze i księgarze! Nie dziwmy się więc, że ilość przyjezdnych podczas soboru obliczano w Konstancji na 60 000 osób.

Delegacje polskie wjechały do Konstancji uroczyście dnia 29 stycznia 1415 r. w 800 koni. Spotkali się starzy znajomi z młodych lat, z uniwersytetu w Padwie, biskup poznański Laskarz i Paweł Brudzewski, tymczasem już rektor uniwersytetu krakowskiego, a w Konstancji spotkali dawnego swego profesora padewskiego. Był nim Zarabelli, słynny znawca prawa kościelnego, już kardynał, a na soborze przewodniczący komisji do stosunków polsko-krzyżackich. Przyjechał też bł. Izajasz, jako przedstawiciel polskiej prowincji w delegacji od Augustianów.

Nasz rektor ułożył na sobór umyślnie dwie książki (po łacinie); jedną o "granicach władzy papieskiej i cesarskiej względem niewiernych" i drugą specjalną o "wojnach Polaków z Krzyżakami". Treść tych dzieł miała wywołać niebawem zdumienie całej Europy. Dla bł. Izajasza Bonera niespodzianką nie była, bo w Krakowie latami całymi omawiano to zagadnienie między uczonymi, jakby wprowadzić moralność do polityki europejskiej, czego Krzyżacy byli główną przeszkodą.

Przeciw powszechnemu mniemaniu jakoby ziemia pogańska była "niczyja"; a zatem może ją sobie zagarnąć kto chce - wystąpił nasz rektor bardzo ostro. Również odrzucał rozpowszechnione mniemanie, jakoby godziło się przymuszać pogan do chrztu prześladowaniem i wojną. Doprawdy, dziś trudno nam uwierzyć, że przez całe pokolenia nie widziano nic niewłaściwego w nawracaniu mieczem! Ależ to islam zaleca takie nawracanie i twierdzi, że "giaur" (znaczy: pies niewierny) jest od tego, żeby był podnóżkiem wyznawców Mahometa; Żydzi też uważają za bliźnich tylko swych współwyznawców!

Paweł z Brudzewa wystąpił z twierdzeniem, że wobec pogan obowiązują takie same prawidła uczciwości, jak wobec chrześcijan. Ziemia pogańska jest ich własnością, nie wolno jej rabować, pogan nie wolno tępić, do chrztu nie wolna zmuszać; od nawracania są misje, ale nie wojsko; ani cesarz, ani papież nie mają prawa szafować ziemią pogańską; a więc nieważne są wszystkie nadania, udzielane Krzyżakom. Główna zaś "teza" (tj. twierdzenie) Brudzewskiego brzmiała: "wiara nie ma być z przymusu". Wyrazy te miały stać się hasłem dalszych dziejów Polski. A co do stosunków z Krzyżakami, zaczynał rektor swoje wywody od razu od słów: "Przyjęli Polacy do siebie Krzyżaków, żeby im tarczą byli, a oni zamienili się w drapieżców".

Przykro było, że Brudzewskiemu wypadło wygłaszać swe twierdzenia wobec soboru, kiedy równocześnie sprawa Husa wzięła obrót jak najgorszy. Pozostawiono mu zrazu w Konstancji zupełną wolność; mógł nawet w publicznych przemówieniach, w formie kazań, bronić swych poglądów. Zwalczał je głównie bł. Izajasz Boner, również publicznie. Tak się zaś zdarzyło, że przejął się husytyzmem tamtejszy radca miejski, u którego właśnie Izajasz kwaterował, ale dał się przekonać wiedzy i wymowie swego lokatora. Po dłuższych dochodzeniach i naradach sobór potępił nauki Husa, a gdy ten nie chciał ich odwołać, uwięziono go. Bolała nad tym wielce delegacja polska. Biskup poznański Laskarz odwiedzał go do ostatniej chwili, lecz niczego u niego nie uprosił. Wydał więc sobór Husa do ukarania władzy świeckiej, tj. cesarzowi Zygmuntowi Luksemburczykowi. Cesarz zaś złamał słowo i nie odsyłając Husa do Pragi, kazał go w Konstancji spalić na stosie.

Stało się to w sam raz nazajutrz po mowach Pawła Włodkowica Brudzewskiego (dnia 5 i 6 lipca 1415 r.).

Krzyżacy poczęli walczyć oszczerstwami i ułożyli obelżywe pismo przeciw Jagielle, ale sami pod sobą dołki kopali, bo Kościół uznał to pismo za "fałszywe i błędne, tudzież jawnie do herezji się skłaniające".

Argument mieli jeszcze jeden. Liczyli na to, te w zachodniej Europie nie wiedzą jeszcze o chrzcie Żmudzi, dokonanym przed dwoma dopiero laty i wystąpili z twierdzeniem, że tam jeszcze pleni się pogaństwo. A gdy w lutym 1416 r. przyjechało do Konstancji sześćdziesięciu rodowitych Żmudzinów przedstawić się soborowi, Krzyżacy wyrażali powątpiewanie, że kto wie co to za jedni, itp. Uprosili Polacy, żeby sobór wyprawił na Żmudź komisję od siebie. Tak się też stało, a komisja wróciwszy podała soborowi wniosek, żeby Zakonowi udzielić publicznie urzędowej nagany.

I tak pozyskała sobie Polska sympatie soboru i uznanie dla swego stanowiska, że polityka ma podlegać moralności tak samo, jak życie prywatne (a czego nie uznawała nigdy cywilizacja bizantyńska, także szerząca się w Niemczech).

Z tryumfem wracali do Krakowa Paweł Brudzewski i bł. Izajasz Boner. Uniwersytet rozwijał się świetnie, a wśród nowych studentów spotykamy św. Jana Kantego. Pochodził z niebogatej rodziny półmieszczańskiej z Malca pod Kętami. O głodzie i chłodzie odbywał nauki i miał już 27 lat, kiedy w r. 1417 zdał na "bakałarstwo". Zastawszy kierownikiem szkoły w Miechowie, studiował dalej, zdawał egzamin po egzaminie i doprowadził do tego, że został nawet profesorem teologii.

Skoro mowa o profesorze, poznajmy warunki bytu ówczesnych profesorów uniwersytetu w Krakowie. Było ich życie nadzwyczaj skromne. Pamiętajmy, że wciąż jeszcze nie było uczonych świeckich; wszyscy profesorowie byli księżmi, nie mając tedy rodzin, nie byli zmuszeni ubiegać się o znaczniejsze dochody. Regułą było, że uniwersytet dostarczał swemu profesorowi całego utrzymania w gmachu uniwersyteckim. Dostawali mieszkanie (niewielkie pokoiki) i strawę przy wspólnym stale. Było to w gmachu stanowiącym narożnik ulic św. Anny i Jagiellońskiej, przerobionym potem na bibliotekę uniwersytecką. Tam pokazują dotychczas, gdzie była tak zwana izba wspólna, tj. jadalnia i (jak dziś powiedziano by) bawialnia zarazem, gdzie i sami się schodzili na rozmowy, i odwiedziny przyjmowali. Inne obszerniejsze sale przeznaczone były na wykłady, a małe pokoiki na mieszkania. Profesor z Kęt miał jednak dwie izdebki na dole od bramy, które zachowane dotychczas można oglądać przez kratę. Miał bowiem przy sobie po kilku studentów, których utrzymywał swoim kosztem, jak mógł ubożuchno, dzieląc się swymi dochodami.

Przez osiem lat był "bogaty". Ponieważ profesor nie miał nic poza ciasnym mieszkankiem i skromnym wspólnym stołem, a potrzebował przecież pieniędzy chociaż na ubranie, ponieważ zresztą zbytnia skromność ich życia raziła coraz bardziej, bo była po prostu ubóstwem, (które dobre jest gdy dobrowolne, lecz nie przymusowe), więc biskupi krakowscy, będący z urzędu kanclerzami uniwersytetu, nadawali profesorom dochody z rozmaitych stanowisk kościelnych w swej diecezji. Św. Jan Kanty został mianowany kantorem (jakby dyrektorem chóru) przy kościele św. Floriana na Kleparzu w Krakowie, a do godności tej przywiązane były dochody z probostwa w Olkuszu, mieścinie górniczej o pięć mil na północ od Krakowa. Wtedy powiększyły się dochody i polepszyły warunki bytu tych wszystkich, których on wspierał. Coś oszczędzał też dla siebie, żeby uzbierać sobie sumkę, niezbędną do wykonania dawnego marzenia: na pielgrzymkę do Ziemi św. i do Rzymu. Nie trzeba sądzić, jakoby był naprawdę proboszczem w Olkuszu, jakoby tam mieszkał i porzucił na ten czas profesurę; dopiero sobór trydencki w XVI wieku nakazał tak zwaną rezydencję, tj. zamieszkanie kapłana przy kościele, z którego dochody pobiera. Po ośmiu latach zrzekł się dochodów tego probostwa, które nadano innemu profesorowi z kolei, a sam ruszył w świat z zasobami tak drobnymi, że ledwie miał z czego się utrzymać przy życiu. Mówi tradycja, że po większej części szedł pieszo. Odwaga nie lada! W owych czasach rzadko kto zdecydował się na taką pielgrzymkę. Ze wszystkich świętych, o których dotychczas była mowa w tej książce, w Ziemi św. nie był jeszcze żaden.

Tymczasem Czesi zbuntowali się przeciw Luksemburczykowi i pragnęli połączyć się z Polską. Dwa razy wyprawiali poselstwa do Władysława Jagiełły, lecz król polski nie mógł przyjąć czeskiej korony, póki by Czesi nie pogodzili się z Kościołem. Zaślepiło jednak Czechów sekciarstwo, a husyci rzucili się raz nawet na Śląsk, skąd zapędzili się do Częstochowy; cudowny obraz nosi niezatarte ślady od szabli husyckich.

Spadły na Polskę i Litwę ciężkie kłopoty po zgonie Witolda w r. 1430. Przywłaszczył sobie władzę książę Świdrygiełło, który zbuntował całą ludność schizmatycką, całą Ruś Litewską i do tego sprzymierzył się z Krzyżakami i z cesarzem Luksemburczykiem przeciw Jagielle. Zebrało się w Niemczech 30 tysięcy jazdy przeciw Polsce i Litwie. Ale sama ludność państwa krzyżackiego oświadczyła się za Polską, a to samo stało się w państwie węgierskim, nie mówiąc już o Czechach, gdzie Luksemburczykowi życzono wszystkiego najgorszego. Tymczasem bowiem spopularyzowała się wśród ościennych ludów polska państwowość. Za granicą rządy prowadziły politykę wbrew woli obywateli, odsuwając społeczeństwa od wpływu na politykę, więc ludność tych krajów zaczęła się teraz dopominać o swoje prawa obywatelskie, a z Polską walczyć nie chciano. Bunt zaś prawosławnych (schizmatyków) pokonano w r. 1432 w taki sposób, iż nadano im równouprawnienie z katolikami wielkiego księstwa litewskiego. Na czele komisji, przysłanej do tych spraw z Polski, stał ów rycerz, który pod Grunwaldem ocalił królowi życie, Zbigniew Oleśnicki. Ale od dawna już obrał stan duchowny; na Litwę przybywał, będąc biskupem krakowskim. Lecz Świdrygiełło sprowadził sobie na pomoc Tatarów, a Krzyżacy ruszyli na nowo. Czesi przysłali nam wówczas posiłki. Pogodzili się oni z nowym soborem, nie żądając już więcej, jak tylko to, żeby i świeccy, którzy tego żądają, mogli przyjmować komunię św. pod obiema postaciami. Odbywał się ten sobór w innym szwajcarskim mieście, w Bazylei. Tam słynny z nauki proboszcz krakowski, Mikołaj Lasocki, wołał, że "Zakon nie tylko jest niepotrzebny, lecz jako skandal Kościoła i prześladowca" powinien być zniesiony, a przynajmniej niechby się przeniósł na wyspę Cypr, działając przeciwko Turkom, którzy zdobywali już Półwysep Bałkański.

Kiedy zaś Zakon zaczął czynić starania o pokój, ze strony polskiej podano między innymi dwa warunki, ani cesarz, ani papież nie mają odtąd mieć wpływu na sprawy pomiędzy Zakonem a Polską, żeby się już skończyło wieczne odwoływanie się od jednego do drugiego; a pokój mają poręczyć stany obydwóch państw, tj. obywatele mają poręczyć za rząd i wziąć na siebie odpowiedzialność za dotrzymanie pokoju. Żądali więc Polacy, żeby Krzyżacy przyznali obywatelom swego państwa wpływ na sprawy wojny i pokoju, żeby bez ich przyzwolenia nie mogli już wojny wypowiadać. Rzecz taka prosta i naturalna. Obywatele ponoszą ciężary wojenne, oni tracą mienie i życie, jakżeż więc narzucać im wojnę, której nie chcą? A jednak ta prosta rzecz była wtedy w Europie czymś nowym.

Warunki palskie wywołały w Europie niezmierne zdziwienie i rozprawiano o nich nawet na soborze bazylejskim. Cesarz, Zakon i Świdrygiełło domagali się od soboru, żeby Jagielle wytoczyć proces o podburzanie poddanych przeciw manarchom. Ale sobór pozostał w dawnych stosunkach z królem polskim. Zakon odrzucił warunki o gwarancji stanów i chciał się na nowo zabrać do wojny, ale wówczas stany oświadczyły, że pragną pokoju z Polską, a gdy Krzyżacy nań nie przystaną, poszukają sobie innego pana, który pokój zabezpieczy. I zmuszony przez własnych poddanych musiał Zakon przystać na dwunastoletni rozejm w Łęczycy zawarty na Boże Narodzenie r. 1433. Zastrzeżono, że Zakon nie będzie już popierać Świdrygiełły, a gdyby rozejmu nie dotrzymał, poddani mają prawo wypowiedzieć mu posłuszeństwo. Rozejm obejmował jednak tylko Krzyżaków w Prusach i nie tyczył się inflanckiego oddziału Zakonu.

Od inflanckiej strony wrzała wojna z Zakonem. Król Władysław Jagiełło nie doczekał się jej końca. Zmarł dnia 1 czerwca 1434 r. dożywszy 82 lat. Wojna trwała dalej, zakończona zwycięstwem wojsk polsko-litewskich, odniesionym 1 września 1435 r. pod Wiłkomierzem na Żmudzi, tak świetnym, iż współcześni nazywali tę bitwę drugim Grunwaldem.

Zwyciężyli nareszcie ci, którzy głosili moralność w polityce, samorząd stanów i prawo narodu do stanowienia o własnym państwie.

Idea narodowa powstała najwcześniej z całej Europy w Polsce. Zakończmy ten rozdział ciekawym przykładem z dziejów Francji i Anglii, jak brak zrozumienia dla idei narodowej stał się przyczyną śmierci męczeńskiej wielkiej świętej.

Przez sto i czternaście lat trwała tam wojna, dlatego że niegdyś w r. 1328 król angielski wymyślił sobie roszczenia do korony francuskiej. Duchowieństwo uczone obu krajów badało genealogie, dokumenty, układy, kroniki, prawa francuskie i angielskie, lecz nikomu się nie przyśniło osądzać sprawy według zasady narodowej, że dla Anglików jest Anglia, a Francja dla Francuzów. Zasada narodowa została tam jakby objawiona w r. 1429, istnym cudem Bożym.

W roku tym zgłosiła się do służby wojennej na rzecz Francji osiemnastoletnia dziewczyna wiejska, Joanna d'Arc, córka drobnego szlachetki z małego folwarczku we wsi Domremy (na granicy prowincji Szampanii i Lotaryngii). Wzywały ją do tego kroku cudowne głosy "z góry" (jak mawiała), więc po długim namyśle i po licznych przykrościach dotarła w lutym 1429 r. na dwór króla francuskiego, Karola VII, jeszcze nie koronowanego, a stawiła się w męskiej zbroi żołnierskiej. Z wielkim trudem wykołatała nieduży oddział wojska i przedarła się zwycięsko do obleganego miasta Orleanu (od czego ma przydomek "Dziewicy Orleańskiej"). Okazała zdumiewające talenty wodza. Wygrywała bitwy w polu, a wreszcie w lipcu 1429 wprowadziła Karola do miasta koronacyjnego królów francuskich, do Reims, i zaraz nazajutrz odbyła się koronacja w jej obecności.

Nie spoczywała, zapowiadając, że Anglików całkiem z Francji wypędzi. Powodziło się jej orężowi, ale zaczęło to budzić zazdrość w wodzach królewskich i w samym królu. Nie dopomagano jej należycie, a nawet robiono na złość. W maju 1430 znalazłszy się (pod Compiegne) z nieznacznym hufcem wobec dużej armii angielskiej dostała się do niewoli. Król, który jej zawdzięczał koronę, nie ruszył palcem, żeby ją wykupić z niewoli lub odbić.

Długo trzeba by spisywać przykrości, upokorzenia i męczarnie, jakich zaznała w niewoli angielskiej. Chodziło o to, żeby przed wojskiem angielskim stłumić domysły, że Dziewica Orleańska działała z woli Bożej i z Bożą pomocą. Dostojnicy angielscy oskarżyli ją więc o czary. Wierzono wtenczas powszechnie w czary! Znaleziono powolnych sędziów i znawców i po farsie procesowej spalano ją na stosie w mieście francuskim Rouen dnia 30 maja 1431 r. Dopiero w r. 1450 zarządził Karol VII rewizję procesu, a na miejscu, gdzie Anglicy ułożyli stos, wystawił jej pomnik. Około roku 1860 wszczęto starania o kanonizację. Proces kanonizacyjny trwał długo, przerywał się kilkakrotnie, ba "adwokat szatana" znajdował coraz nowe argumenty. Aż dopiero za naszych czasów nastąpiła kanonizacja i odtąd rocznica Dziewicy Orleańskiej stanowi święto religijne i narodowe katolików francuskich.

Kościół ogłosiwszy Joannę d'Arc świętą, uświęcił zarazem hasło patriotyzmu narodowego, zgodnego z religią.